Taksówkarz dostał zapłatę. Po chwili wyciągnęli legitymacje

Kierowca taksówki pożałował przyjęcia zapłąty od pasażerów. Okazało się, że to funkcjonariusze Pomorskiego Urzędu Celno-Skarbowego.

Damian Jaroszewski (NeR1o)
12
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Taksówkarz dostał zapłatę. Po chwili wyciągnęli legitymacje

Na profilu "bandyci drogowi" na platformie X pojawiło się nietypowe nagranie z tzw. nabycia sprawdzającego. To kontrola pracowników Urzędu Celno-Skrabowego, którzy udają normalnych klientów i sprawdzają, czy przedsiębiorca przestrzega obowiązujących przepisów. Jednak nie wszystkim spodobał się sposób, w jaki została ona przeprowadzona.

Dalsza część tekstu pod wideo

Pożałował przyjęcia napiwku

Na filmie widzimy kierowcę taksówki, który podwozi dwóch klientów. Nie znamy dokładnych szczegółów, ale prawdopodobnie kurs odbywał się albo poza aplikacją (np. Uber lub Bolt).

Po zakończeniu kursu jeden z pasażerów pyta o należność za kurs. Kierowca odpowiada, że "ile nie szkoda", po czym rzuca kwotami rzędu 20-30 zł. Nie wiemy, ile ostatecznie dostaje, ale widać, że wydaje resztę w postaci 10 zł. 

Wtedy pasażerowie wyciągają legitymacje służbowe. Tłumaczą kierowcy, że są z Pomorskiego Urzędu Celno-Skarbowego i taksówkarz powinien im wydać paragon fiskalny, czego nie zrobił. Ten tłumaczy, że mógł ich podwieźć za darmo (czego ostatecznie nie zrobił).

W tym momencie pasażerka pyta go, czemu ich w ogóle zabrał. To argument za tym, że kurs odbył się poza oficjalną aplikacją mobilną. Następnie urzędnicy proszą kierowcę o zaparkowanie i mówią o wystawieniu najniższego mandatu oraz dodatkowej kontroli policji.

No i niestety, tak to właśnie wygląda. To typowe nabycie sprawdzające, w którym urzędnicy udają zwykłych klientów i dokonują zakupy produktu lub usługi. Można stawać w obronie kierowcy, ale faktem jest, że nie działał zgodnie z przepisami. Miał obowiązek wystawienia paragonu.

Natomiast w komentarzach możemy przeczytać zastrzeżenia użytkowników. Zwracają oni uwagę, że urzędnik nakłonił kierowcę do złamania przepisów ruchu drogowego i zignorowanie prawdopodobnie zakazu wjazdu. Inni sugerują też, że urzędnicy sami nalegali na zapłacenie za kurs. Rzecz w tym, że kierowca nie odmówił. Nie powiedział też od razu, że przejazd jest za darmo, bo poza aplikacją. Tego argumentu użył, dopiero gdy zobaczył legitymacje urzędników.